(wywiad z Johnem Deaconem z 1974 r. źródło: OIQFC)

tłumaczenie: Jakub „Bizon” Michalski

Dobrze jest utrzymywać kontakt z ludźmi, których się zna, żeby wiedzieć co u nich i co ciekawego ostatnio porabiają. Dlatego postanowiliśmy jeszcze raz odwiedzić jedyną i niepowtarzalną Królową (mamy nadzieję, że nie ma wśród was głuptasów, którzy pomyśleli, że chodzi nam o Elkę czy kogoś innego z Rodziny Królewskiej!). Queen, co możecie pamiętać z naszego październikowego artykułu o nich, składa się z Kochanego Johna, Wspaniałego Freddiego, Super Rogera i Przystojnego Briana, na których jest teraz taki popyt, że musimy się nimi dzielić z innymi dziennikarzami. Ale nie ma się o co martwić, bo pogadaliśmy sobie trochę z Johnem, który przekazał nam najnowsze wieści z ich obozu!

Wyglądając na trochę zmęczonego – ale dalej w niezłej formie – John westchnął swym pięknym, spokojnym głosem: „Uff, nigdy w życiu nie byliśmy tak zajęci, ale nie żebyśmy narzekali – właściwie to nigdy chyba nie cieszyliśmy się tak życiem jak od czasu waszej ostatniej wizyty u nas. Może pamiętacie, jak byliśmy zdesperowani, żeby się wybić grając jakąś trasę, co do której nie było wtedy jeszcze za dużo wiadomo. Ale niedługo później zostaliśmy poproszeni o zagranie trasy jako support dla Mott the Hoople, którzy właśnie odbywali trasę po całym kraju”.

„Oczywiście skorzystaliśmy z szansy (bylibyśmy głupcami, gdybyśmy tego nie zrobili) i naprawdę świetnie się bawiliśmy. Przed rozpoczęciem prób nigdy nie spotkaliśmy się z chłopakami. Nie sądziliśmy, że kiedykolwiek wcześniej o nas słyszeli, ale kiedy się spotkaliśmy, powiedzieli nam, ze świetnie nam idzie w Stanach, gdzie właśnie skończyli trasę. Okazuje się, ze nasz ostatni singiel, Keep Yourself Alive znakomicie radzi sobie na amerykańskiej liście przebojów, co jest znakomitą wiadomością!”.

Jak przebiegała trasa z Mott the Hoople?

„Wspaniale! Było znakomicie!” – powiedział. „Wiesz, jest się czego obawiać, jeśli supportuje się taki zespół jak Mott the Hoople, bo nigdy nie wiadomo, jak dzieciaki nas odbiorą. Jednak w naszym przypadku nie mogło pójść lepiej, bo publiczność od razu nas zaakceptowała i była dla nas bardzo dobra. To zabawne, bo w pewnym momencie tak nas wszyscy polubili, że Mott the Hoople zaczynali się trochę bać, że to my będziemy gwiazdami wieczoru!” – zaśmiał się.

„Jedyną rzeczą, jaka nas martwiła, było całe to podróżowanie – ale nawet to okazało się niezłą zabawą. Jeździliśmy wszędzie jednym z tych wielkich autokarów i wszyscy siadaliśmy i graliśmy w szachy albo scrabble”.

Czy mają obecnie coś w planach?

„Właściwie to tak. Któregoś dnia, zupełnie niespodziewanie, nasz promotor zadzwonił aż z Australii i z jakiegoś powodu chciał, żebyśmy zagrali tam trasę. Powiedział, że pokryje koszt przelotów, rachunki za hotele i wszystkie inne wydatki, więc uznaliśmy, że to świetna okazja i nie można jej przegapić. Więc zgarnęliśmy ofertę i wylatujemy w poniedziałek. Muszę przyznać, że trochę się tego wszystkiego obawiam, bo nigdy nie byłem dalej niż w Niemczech i wnioskuję, że lot do Australii potrwa przynajmniej z 30 godzin”.

Jakie znaczenie ma dla nich ta trasa?

„Wydaje mi się, że organizują tam coś w rodzaju trzydniowego festiwalu w Melbourne i wygląda na to, że będzie on całkiem spory, bo będą go filmować dla telewizji, więc być może zobaczysz to, zanim twój artykuł się ukaże. Potem, jak tylko wrócimy, planujemy rozpocząć próby przed naszą marcową trasą po Wielkiej Brytanii. Nie możemy się już jej doczekać, bo będziemy grali sami, a nie jako support. Myślę, że jest całkiem możliwe, że zagramy w Rainbow Theatre, a reszta występów będzie w całkiem sporych miejscach, być może w tych, w których już graliśmy”.

A co z występami na scenie i z ubraniami?

„Mamy czarny lub biały zestaw ubrań na każdym koncercie, tak żeby było w nas coś unikalnego. To nie wygląda jak mundurek szkolny czy coś w tym stylu, ale widać wyraźnie, że jesteśmy z tego samego zespołu. Freddie jest oczywiście frontmanem w zespole dla każdego, kto widzi nas pierwszy raz, więc staramy się, żeby wszystko było bardzo wizualne – Freddie robi swoje paradując po scenie. Mamy też mnóstwo świateł na scenie, tak więc wszystko jest bardzo kolorowe i, jak już wcześniej powiedziałem, bardzo wizualne. Na początku koncertów, niezmiennie wchodzimy na scenę w całkowitych ciemnościach, podczas gdy rozbrzmiewa gitara i to zawsze poprzedza nasz pierwszy utwór i kiedy przychodzi ten moment, światła zapalają się, a my od razu zaczynamy piosenkę bez żadnych przerw czy marnowania czasu!”.

Czy mają już gotowego następcę pierwszego albumu Queen?

Taa, właśnie skończyliśmy naszą drugą płytę, która będzie zatytułowana Queen 2. Brzmi strasznie nudno, ale nie mogliśmy wymyślić żadnego tytułu, na który wszyscy by się zgodzili. Nasza pierwsza płyta nie radziła sobie tak źle, bo sprzedało się około 15 tysięcy kopii. Inspiracją dla jednego z utworów napisanych na tą płytę przez Freddiego był obraz, który zobaczył on w Tate Gallery, przedstawiający baśniowe postaci zebrane razem w lesie”.

A jakie są ich pozamuzyczne zainteresowania?

Szczerze mówiąc, cały nasz czas pochłania muzyka, więc nie mamy raczej innych pasji. Chociaż Brian był mocno zainteresowany astronomią i chyba trochę ją zaniedbał. W tej chwili jest zbyt zajęty obserwowaniem komety Kohoutka (kometa, która była widoczna na niebie pod koniec 1973 i na początku 1974 r. – przyp. Bizon), by zajmować się czymkolwiek innym. Ja interesuję się techniczną stroną muzyki, bo studiowałem elektronikę w college`u. I myślę, że chciałbym kiedyś w końcu zbudować własne studio. Nie mam pojęcia, co lubi robi Roger!” – wybucha śmiechem. „On zawsze czyta gazety i artykuły o zespołach popowych itd., mam wrażenie, że on wie WSZYSTKO o tym, co robią wszyscy inni, więc jeśli ktoś potrzebuje informacji, to on je ma. Nie jestem pewny co do Freddiego, bo on też jest bardzo pochłonięty muzyką”.

Jakie są ich ambicje na przyszłość?

„Polecieć do Ameryki” – powiedział bez wahania. „Ale zanim tam spróbujemy, myślę, że najpierw powinniśmy wyrobić sobie markę tutaj, potem zagrać parę tras po Europie, a POTEM polecieć do Stanów. Myślę, że będziemy trochę zdenerwowani udając się tam, ale wydaje się, że już powstała jakaś tajemnicza aura otaczająca nasz zespół i to, jacy jesteśmy, bo już dostaliśmy kilka zaproszeń!”.

W tym momencie pożegnaliśmy się, będąc pewni, że jeszcze niejedno usłyszymy o tych chłopcach!