Intrygująca różnorodność koroną na głowie Królowej.

(„The Daily Oklahoman”  26.08.1982 r.)

tłumaczenie: Jakub „Bizon” Michalski

Gdy nad projektem pracują wspólnie nauczyciel posiadający doktorat z astronomii, artysta grafik, dentysta i elektryk, nieuniknionym wynikiem tej współpracy jest chaos i zderzenie czterech kompletnie różnych koncepcji.

Tak właśnie dzieje się od 12 lat w brytyjskim zespole Queen, w skład którego wchodzą gitarzysta Brian May (astronom), pianista i wokalista Freddie Mercury (grafik), perkusista Roger Taylor (dentysta) i basista John Deacon (elektryk).

Najbardziej stałym elementem ich kariery jest zmienność.

Po tym, jak zdobyli publiczność niezwykle złożonymi, wielowarstwowymi partiami wokalnymi, muzycy Queen zwrócili się w stronę przytłaczających partii instrumentalnych. Po okresie eksperymentów produkcyjnych wymagających nakładania na siebie wielu warstw gitar, perkusji i wokali, nagle uprościli te procedury, decydując się na prostotę czterech ścieżek.

Po dumnym głoszeniu hasła „Żadnych Syntezatorów!” na wyszukanych muzycznie albumach z połowy lat 70. równie dumnie uczynili syntezator najważniejszym elementem najnowszej płyty.

Wszystko to jednak zejdzie na dalszy plan, gdy najważniejszy kwartet Anglii wraz z towarzyszącym mu klawiszowcem Fredem Mandelem wejdzie na scenę The Myriad w piątek o 20. Koncert otworzy długoletni przyjaciel zespołu Queen, Billy Squier.

Na scenie muzycy Queen prezentują bogactwo materiału z dwunastu płyt podczas koncertów, w trakcie których nigdy nie brakuje wymyślnych przedstawień, czy też szalonych wybryków Mercury`ego.

Jedną z atrakcji obecnej trasy są trzy rzędy punktowych reflektorów, które „jakby unosiły się ponad sceną” – jak powiedział Deacon, znajdujący się w pokoju hotelowym w Houston, skąd udzielał telefonicznego wywiadu. „Czasami zbierają one lepsze recenzje niż my”.

Ale, jak mówi, efekty wizualne to tylko dodatek. Muzyka broni się sama. „Robimy to już bardzo długo, mamy mnóstwo materiału, a na naszych albumach zapuszczamy się w rożne rejony muzyczne. Myślę, że różnorodność jest wystarczająca, by zaciekawić każdego”.

Różnorodność jest najbardziej urzekającą, a dla niektórych irytującą, cechą Queen. Oprócz A Night at the Opera z 1975 i A Day at the Races z 1976 r.,  żadne dwie płyty Queen nie miały ze sobą zbyt wiele wspólnego, poza muzykami.

Te dwie płyty, poza wszystkim innym, opierały się na własnych eksperymentach muzycznych zespołu i przeczyły wszelkim klasyfikacjom stylów muzycznych. Na innych płytach zespół próbował między innymi bluesa w stylu Billie Holliday, punk rocka, flamenco, jazzu, heavy metalu, country, ragtime’ów, rocka w stylu lat 50., disco i starego, dobrego rock n’ rolla.

To drażliwy temat dla krytyków, którzy uważają, że muzycy dojrzewają i rozwijają się w określonym kierunku. Entuzjaści zespołu Queen twierdzą, że to innowacyjność. Deacon powiedział, że zazwyczaj rządzi tym przypadek.

„Zazwyczaj jest tak, że kiedy wchodzimy do studio, pracujemy nad utworami, które pisaliśmy indywidualnie. Utwory każdego z nas to odbicie tego, czym się obecnie dana osoba interesuje i co chciałaby robić.

Kiedy między płytami jest rok lub dwa lata przerwy, sposób myślenia ulega zmianom”.

To jednak może być ciężkie do zrozumienia dla fanów. Ich pierwszy amerykański hit z 1976 r. – sześciominutowy operowy Bohemian Rhapsody – stoi w olbrzymim kontraście do ich ostatniego hitu, osadzonego w stylistyce disco Another One Bites the Dust.

Deacon twierdzi, że muzycy są świadomi problemów z własnym wizerunkiem i tego, że wielu fanów rocka prawdopodobnie odwróciło się od nich po wydaniu przez zespół najnowszej płyty – Hot Space – na której znaleźć można rytmy niczym z muzyki disco oraz bluesa, wypełniające całość strony A.

Jednak Queen należy do grupy wykonawców, którzy odnieśli największy sukces komercyjny w tej branży. „Sądzę, że najważniejszy jest fakt, że przez te 11 czy 12 lat skład grupy pozostał niezmieniony, co odegrało ważną rolę w kształtowaniu tożsamości zespołu” – mówi Deacon.

„Ważne jest również to, że cała nasza czwórka pisze utwory, a każdy z nas ma zupełnie inny gust muzyczny. Każdy z nas słucha różnych zespołów. Tylko część z nich się powtarza”.

Sam fakt, że czterech ludzi obdarzonych tak odmiennymi osobowościami zostało razem przez 12 lat, jest imponujący. Od 1978 r.  sami kierują też własną karierą.

„To nie jest łatwe” – mówi Deacon. „Ciężko jest osiągnąć porozumienie, czy choćby odbyć jakąś dyskusję. Wszyscy są tak zajęci własnymi sprawami”.