Queen of hearts John Deacon

KRÓLOWA CO TYDZIEŃ: 2 – JOHN DEACON

„DISC” 20 kwietnia 1974 r.

napisane przez Rosemary Horide

tłumaczenie: Jakub „Bizon” Michalski

Jednym z najbardziej zadziwiających faktów dotyczących Queen jest to, że składa się z czterech całkowicie różnych osobowości, które razem tworzą niemal idealną tożsamość grupy. Pomyśleliśmy, że już najwyższy czas, byśmy przyjrzeli się bliżej tym indywidualnościom, ludzkiej stronie muzyków, którzy tworzą jedną z najjaśniejszych gwiazd na firmamencie muzyki.

JOHN DEACON, który czasem przekręca swoje imię i staje się Diakonem Johnem (Deacon John), jest zdecydowanie najbardziej tajemniczym członkiem Queen. Nie jest w żaden sposób nieprzyjazny, ale nigdy nie jest aż tak chętny do komentarzy, jak pozostała trójka. Czasem w ciszy przysłuchuje się toczącej się rozmowie, uśmiechając się jedynie od czasu do czasu i odpływając gdzieś myślami.

Na scenie też jest najmniej aktywny, zajęty konstruowaniem wraz z Rogerem sekcji rytmicznej lub „dźwiękowego wulkanu”, jak żartobliwie ją określają.

„Ale on cały czas gra do publiczności” – wyjawia Brian. „I to zawsze jego otaczają dziewczyny po koncertach”.

John uśmiecha się i próbuje zaprzeczać. „Jestem pewny, że po prostu kiedy przychodzą po autografy, przemieszczają się całą grupą od jednej osoby do drugiej”. Nikt nie daje się przekonać.

Prawda jest taka, że John jest dla wielu pań atrakcyjny. Posiada ten sam rodzaj uroku (mimo że nie mam nawet zamiaru porównywać obu zespołów), co swego czasu George Harrison. Zawsze w cieniu, a dla dziewczyn zawsze fascynujący i nie byłabym wcale zdziwiona, gdyby się okazało, że ma więcej fanów niż pozostali.

Dlatego wybrałam Johna jako Królową Serc („Queen of Hearts” – czyli „Królowa Kier” – gra słowna nieprzetłumaczalna na język polski – przyp. Bizon). Jest kolejnym astronomicznym Lwem, ale urodzonym na przeciwnym niż Roger biegunie zodiakalnego okresu. Typową cechą tego znaku jest względny optymizm i domatorstwo. Z pewnością nigdy nie widziałam Johna wściekłego – sprawia wrażenie bardzo zrównoważonego domatora.

Oprócz jego oczywistej muzycznej funkcji w Queen, John jest również ich specem od elektroniki. Jeśli pojawia się jakiś problem z nią związany, on jest tym, który pracuje w ciszy by wszystko naprawić. Niewiele zespołów może mieć tak dobrze wykwalifikowanego eksperta od elektroniki:

„Uczęszczałem do Chelsea College (część Uniwersytetu Londyńskiego) i zdobyłem stopień naukowy. Zdobyłem najwyższe wyróżnienia z elektroniki… a potem (wciąż mieliśmy wtedy jeszcze trochę wolnego czasu) zdobyłem tytuł magistra w zakresie akustyki i techniki wibracji. To są całkiem istotne rzeczy”.

To właśnie będąc na uczelni John poznał pozostałych.

„Właściwie to poznaliśmy się na dyskotece. Słyszałem, że szukają basisty, więc poszedłem na przesłuchanie. Wtedy nazywali się już Queen i widziałem ich wcześniej na jednym koncercie”.

Do pewnego stopnia, John wnosi do zespołu dużo spokoju, chociaż reszta utrzymuje, że nie jest taki cichy przez cały czas.

„Czasem może być najbardziej największym awanturnikiem w zespole – kiedy jest pijany! Nazywamy go plagą Trust Houses Forte (sieć hoteli – przyp. Bizon)” – donieśli uczynnie jego koledzy.

John potrafi czasem zaskakiwać. Wydawać by się mogło, że jest najmniej próżny z całego zespołu. Ale kiedy ostatni raz go widziałam, właśnie skończył układać sobie włosy i puszył się przed lustrem w mieszkaniu Freddiego, nie kryjąc zadowolenia z efektu końcowego.

„Nie wygląda tak źle, nie?” – powiedział uśmiechając się. Właściwie to wyglądało świetnie. I jeśli byłabym jednym z pożeraczy niewieścich serc, poważnie bym się martwiła. Zanim czas Queen się skończy, John jeszcze wiele serc zdobędzie.