speaking with John Deacon

Rozmowa z DEACONEM

„Music Star” 24 sierpnia 1974 r.

tłumaczenie: Jakub „Bizon” Michalski

Czy łatwo jest być szczęśliwym, kiedy szybko dąży się do sukcesu? Spytaliśmy Johna Deacona o rzeczy, które sprawiły mu radość w przeszłości…*

„Ostatnią taką rzeczą była cała amerykańska trasa. Niekoniecznie dlatego, że była ważna z zawodowego punktu widzenia, ale dlatego, że było to po prostu wielkie przeżycie. Ponieważ nie byliśmy nigdy wcześniej w Ameryce, była to dla nas spora niespodzianka. Najważniejszy, zanim byliśmy zmuszeni zrezygnować z powodu choroby Briana, był chyba tydzień koncertów w Nowym Jorku. Jednak ponieważ odbywały się one w teatrze, nie do końca panowała na nich taka sama atmosfera, jak na innych koncertach, nie było aż tak fajnie.

Byłem zaskoczony, że byliśmy tam znani, ale zwykle tylko parę osób w pierwszych rzędach miało koszulki Queen. Myślę, że jesteśmy znani głównie przez to, że grają nas stacje radiowe. Tak bardzo podobało mi się tamtejsze radio, że kupiłem sobie magnetofon, który może nagrywać rzeczy prosto z radia i grać je w stereo. Nagrałem całkiem sporo, kiedy tam byłem, żeby móc słuchać tego u nas w kraju. Mam też odtwarzacz w samochodzie. Lubię tego typu elektroniczne gadżety.

Przed tym najważniejszą dla mnie rzeczą było to, że album Queen II dostał się na listy przebojów – szczególna satysfakcja, biorąc pod uwagę, że pierwsza płyta nie radziła sobie zbyt dobrze. Miło jest widzieć, że ktoś docenia twoją pracę, chociaż zazwyczaj niezbyt się tym martwię. Roger zdaje się martwić bardziej, jeśli chodzi o te rzeczy.

Na trasie po Wielkiej Brytanii największym koncertem był oczywiście ten w Rainbow, ale najlepsza zabawa była na ostatnim. To była malutki klub w Birmingham, w którym wcześniej musieliśmy odwołać koncert. Wróciliśmy tam, a że był to ostatni koncert, wszyscy pozwoliliśmy sobie na parę drinków i dobrze się bawiliśmy. Nawet pół naszej ekipy koncertowej przebiegło przez scenę – Roger założył się z każdym o butelkę szampana, że tego nie zrobią, ale zrobili.

Osobiście jednym z najważniejszych momentów dla mnie był czas, kiedy opuściłem dom, by pójść do college`u w Londynie. Nie chodzi nawet o sam ten fakt, ile o to, że ukierunkowało mnie to w stronę muzyki, poznałem pozostałych chłopaków i stałem się profesjonalistą, gdyż wcześniej grałem w domu w małych amatorskich zespołach.

Początek był taki, że spotkałem Briana i Rogera na dyskotece. Słyszałem, że szukają basisty, więc zagadałem do nich – okazało się, że prowadzili już od kilku tygodni przesłuchania, ale nie mogli znaleźć nikogo, kto by pasował. Freddie był już wtedy w zespole, więc moje dojście było ostatnim etapem tworzenia Queen.

To była ważna chwila, gdy zdecydowaliśmy się przejść na zawodowe granie. Graliśmy wcześniej w wolnych chwilach, ale nie myślałem, że kiedykolwiek to nastąpi, mimo że czasami żartowaliśmy na ten temat. A potem mieliśmy dużo szczęścia, że mogliśmy nagrać taśmę demo w porządnym studio i kiedy podrzuciliśmy ją do wytwórni płytowych, były na tyle zainteresowane, że dało nam to pewność siebie i postanowiliśmy spróbować.

Chyba Freddie i Roger najbardziej tego chcieli. Brian chciał robić karierę i bardzo interesował się fizyką i astronomią i podchodził do tego pomysłu z rezerwą, ale pozostała dwójka to urodzone gwiazdy. Freddie był chyba tym, który najbardziej nakłaniał nas do tego i jest najbardziej stanowczy jeśli chodzi o ludzi takich jak menadżerowie.

Pamiętam swój pierwszy instrument muzyczny – plastikową imitację gitary Tommy’ego Steele`a – musiałem mieć wtedy około siedmiu lat. Miałem ją przez jakiś czas, ale za dużo na niej nie grałem, jakoś nie za bardzo się dało, ale kilka lat później paru kumpli z ulicy zaczęło ćwiczyć na dwóch prostych gitarach. Wpadłem do nich tylko dlatego, że miałem magnetofon, którego mogli użyć jako wzmacniacza, ale po kilku tygodniach zaczęło mnie to interesować na tyle, że przekonałem mamę do kupienia mi hiszpańskiej gitary klasycznej, no i wtedy się wszystko zaczęło na dobre.

Przeszliśmy od grania w szkole do małych koncertów, brzdąkając sobie w starym rozlatującym się vanie. Bardzo podobał mi się ten czas.

Teraz każdą wolną chwilę, jaką uda mi się znaleźć, spędzam grzebiąc we wszelkiego rodzaju mechanizmach – w samochodach, radiach, w rzeczach tego typu. Podoba mi się to, że potrafię sam naprawić sobie samochód. Myślałem, że to będzie coś trudnego, ale to całkiem proste. Same śruby i zawory.

To mój pierwszy samochód – dopiero od 18 miesięcy stać mnie na jakiś. To tylko Mini, ale wystarczy na Londyn, a tak często nas nie ma, że nie opłaca się kupować nic większego. Kupiłem go od studenta – nie lubię kupować nic ze sklepów, raczej szukam okazji. Zapłaciłem za niego tylko 40 funtów!

Spędziliśmy świetne chwile kilka lat temu, kiedy wszyscy pojechaliśmy na wakacje do Kornwalii. Byliśmy jeszcze w college`u i pakowaliśmy cały nasz sprzęt do jednego vana i wyruszaliśmy. Roger, który stamtąd pochodzi, powiedział, że załatwi nam tam parę koncertów, więc wynajęliśmy razem chatkę na dwa tygodnie. To było całkiem dobre, bo niewiele wcześniej dołączyłem do zespołu i mieliśmy okazję poznać się wszyscy dobrze i to nas wzmocniło jako zespół. Rogerowi udało się załatwić nam około pół tuzina koncertów, więc wyszliśmy na swoje.

To, na czym najbardziej mi zależy, to nasza własna trasa. Dopóki nie przerwaliśmy amerykańskiej trasy, szło nam bardzo dobrze. Byliśmy drugim zespołem – znowu supportującym Mott (Mott the Hoople – przyp. Bizon) – ale mam nadzieję, że uda nam się wrócić tam z naszą własną małą trasą. Było świetnie i ludzie mogli nas zobaczyć, bo przychodzili głównie na Mott, ale to nie to samo, co bycie główną atrakcją. Jednak to głównie nasze zadanie, by przekonać ich, by nas też polubili, czyż nie?”.

Większośc już lubi, John – większość już lubi!